| ANDRZEJ WRÓBLEWSKI |
| Wpisany przez cezary | |||||
| niedziela, 06 grudnia 2009 19:45 | |||||
Strona 3 z 4
Andrzej Wróblewski, czyli spór artysty z rzeczywistością. Jeśli ktoś z dzisiejszych młodych chciałby się dowiedzieć, co ideologia potrafi wyczyniać ze sztuką, niech sięgnie po życie i twórczość Wróblewskiego. Artysta ów urodził się w 1927 roku w znakomitej wileńskiej rodzinie profesorskiej, ale nawet najlepsze wychowanie nie uchroniło go przed naiwnym entuzjazmem dla świetlanej doktryny socjalizmu. W roku 1945 miał lat 18 i dał się uwieść. Chciał sztukę traktować jak oręż w walce o Lepszy Świat. Historia zatańczyła z nim okrutne tango z figurami. Zaraz po wojnie, kiedy wszystko zdawało się radośnie odradzać na gruzach starego, uwierzył, że wspomóc rewolucję ustrojową może najlepiej malarstwo rewolucyjne, czyli awangardowe. Malował więc półabstrakcyjne słońca i gwiazdy, koła i kule, bardzo kolorowe. Ale ustrój rychło przywołał go do porządku. Sztuka miała być zrozumiała dla prostego ludu i pokazywać, że szczęście ogółu leży w ciężkiej pracy dla socjalizmu, ze Związkiem Radzieckim na czele. Wróblewski, nadzwyczaj inteligentny i wykształcony (skończył też uniwersytecką historię sztuki), bez trudu zmusił swój giętki umysł do zaakceptowania tej teorii. Przestawił się na realizm. Namalował serię „Rozstrzelań”, niesamowitych obrazów poświęconych absurdowi śmierci. Ale nie wyszedł mu realizm, lecz jakiś szokujący nadrealizm, brutalna wizja przemocy dokonanej na milczących ofiarach. Połamani ludzie na tle płaskich ścian wykonywali dziwny taniec osuwania się w nicość, jakby wciąż żyjąc na przekór mordercom. Znów nie o to chodziło socjalizmowi. Miało być przyjemnie i zrozumiale. Wróblewski się poddał. Zaczął malować po bożemu, czyli po socrealistycznemu. Jakieś sceny z manifestacji, z poczekalni, z fajrantu w Nowej Hucie. Okropne obrazidła, brzydkie i wymyślone pod propagandę. I znów nie o to chodziło socjalizmowi, choć już było ciepło, ciepło. Ale następnym razem to socjalizm nie wytrzymał. W połowie lat 50. rozsypała się z hukiem doktryna stalinowska i już nikt przytomny nie miał złudzeń, jaki gmach kłamstwa właśnie padł. Wróblewski długo jeszcze walczył z samym sobą o sens dotychczasowego zaangażowania. Nie chciał poddać się presji płytkiej satysfakcji z kompromitacji komunizmu. Nie chciał porzucać ideałów, wpadać w sidła materialnego konsumpcjonizmu. Rozgoryczenie było jednak zbyt ewidentne, porażka zbyt oczywista. Malarz bierze więc płótno i maluje słynną „Kolejkę”, gdzie krzesło za krzesłem ludzie siedzą w beznadziejnym oczekiwaniu na coś, co wskazuje mała czerwona strzałka. Maluje „Ukrzesłowionych”, ludzi zamienionych w półprzedmioty. Wraca do tematu „Szofera”, kierowcy pustego autobusu jadącego w siną dal. Maluje „Nagrobki”, dachy domów, martwe statki, puste samochody, pary narzeczonych wyglądające jak barwne duchy poprzecinane w poprzek nożem. Maluje rodzinę: żonę, dzieci. Wszystko niby spokojne, wyrafinowane malarsko, świadczące o dojrzałości i zrównoważeniu treści z formą. A przecież ten spokój, ta nieruchomość były dziwnie podobne śmierci. Czyżby ją sobie wywróżył? Miał zaledwie 29 lat, gdy pewnego marcowego dnia, wczesnym rankiem, wyszedł w Tatry w piżamie założonej na spodnie narciarskie. Jakiś czas później znaleziono go martwego przy ścieżce do Morskiego Oka. Badania wykazały, że udusił się w ataku padaczki. Mit samobójczy towarzyszył mu jednak długo, bo zbyt dobrze pasował do tego powikłanego życiorysu. Reprodukowani tu „Zakochani” to jeden z ostatnich obrazów artysty. Z jednej strony śliczny i delikatny, z drugiej ciemny i okrutny. Ów mężczyzna w głębokim cieniu to podobno sam Wróblewski. Według symboliki tego malarstwa – nie żyje (żywy trup to częsty motyw tej sztuki). Znów przeczuł własną śmierć? Ale to nie ona, śmierć, jest głównym motywem obrazu. Jest nim życie, i to podwójne – życie kobiety i życie sztuki. Kobieta jest jasna, kolorowa. Jej silne, młode ciało przebija wszelkie zasłony ubrania. Cała jest przy tym zbudowana ze znaków czysto malarskich, osadzonych na mocnej konstrukcji formalnej. Mężczyzna trzyma kobietę za rękę jakby w nadziei, że coś z tego cudu życia spłynie i na niego. Ale nie wygląda, żeby miało się udać. Tadeusz Nyczek |
|||||
| Poprawiony: niedziela, 07 lutego 2010 09:50 |







